Sceny z życia św. Franciszka z Asyżu

Fragmenty pochodzą z Życiorysu Pierwszego św. Franciszka z Asyżu, napisanego przez br. Tomasza z Celano (Wczesne źródła franciszkańskie)

SPRZEDAŻ WSZYSTKIEGO I WZGARDA PIENIĘDZMI

8. Nadszedł oznaczony czas, iż święty sługa Najwyższego, wzruszony i umocniony Duchem Świętym, poszedł za szczęsnym porywem swego ducha, i depcząc to, co światowe, skierował się ku dobrom najlepszym. Zresztą, nie należało zwlekać, ponieważ wszędzie tak bardzo szerzyła się śmiertelna choroba i obejmowała wszystkie członki wielu, że gdyby Lekarz cokolwiek się spóźnił, pozbawiłaby ich życia, odciąwszy żywotnego ducha.
Przeto wsta, przeżegnał się znakiem krzyża świętego, przygotował konia, wsiadł na niego i, wziąwszy ze sobą na sprzedaż wzorzyste tkaniny, pośpiesznie przybył do miasta, zwanego Foligno. Tam, jak zwykle, sprzedał wszystko, co przywiózł, a także jako szczęśliwy kupiec wierzchowca, którego właśnie dosiadał, zostawił, wziąwszy zań pieniądze. Po pozbyciu się ładunku powrócił i przemyśliwał zbożnie, co ma zrobić z pieniędzmi. W dziwny sposób cały nastawił się na sprawę Bożą. Wnet cały ten zysk uznał za piasek, a pieniądze tak mu ciążyły, że nie chcąc ich dłużej ani godziny nosić, spiesznie starał się je gdzieś złożyć.
Gdy zbliżał się do miasta Asyżu, ujrzał przy drodze kościół, niegdyś zbudowany ku czci świętego Damiana, co właśnie teraz groził zawaleniem z powodu zbytniej starości.

9. On, nowy rycerz Chrystusa, przystąpił do niego i wszedł z lękiem i uszanowaniem, a znalazłszy tam pewnego biednego kapłana, z wielką wiarą ucałował mu poświęcone ręce, wręczył mu pieniądze, które niósł, i po kolei opowiedział swój zamiar.
Osłupiały kapłan nie chciał wierzyć w to, co słyszał, jako że taka nagła zmiana rzeczy wprawiła go w zdumienie i wydawała mu się niewiarygodna. Uważał to za kpiny z siebie, dlatego nie chciał zatrzymać przy sobie ofiarowanych pieniędzy. Przecież widział go, że tak powiem, prawie wczoraj, jak nadmiernie używał życia z krewniakami i znajomymi i wynosił nad innych swoją głupotę. Jednak Franciszek wytrwale upierał się i usiłował przekonać oraz usilnie prosił i błagał kapłana, by pozwolił mu ze względu na Boga pozostać ze sobą. Wreszcie kapłan ustąpił co do jego tam pobytu, ale ze strachu przed rodzicami pieniędzy nie przyjął. Wtedy on, prawdziwy wzgardziciel pieniędzy, wrzucił je do jakiejś framugi okiennej, dbając o nie tyle, co o proch. Pragnął bowiem posiadać mądrość, co lepsza od złota, i nabyć roztropności, co cenniejsza jest od srebra.


UWOLNIENIE PRZEZ MATKĘ I POZWANIE PRZED BISKUPA ASYŻU

13. Zdarzyło się, że jego ojciec z powodu pilnej sprawy rodzinnej oddalił się na krótko z domu, a maż Boży pozostawał związany w domowym więzieniu. Jego matka, która sama przebywała z nim w domu, nie aprobując uczynku swego męża, łagodnie rozmawiała z synem, ale skoro zobaczyła, że nie może go odwieść od jego zamiaru, po macierzyńsku ulitowała się nad nim i złamawszy więzy, puściła go wolno. A on, dziękując Bogu wszechmogącemu, spiesznie wrócił na to miejsce, w którym przebywał poprzednio.
Doświadczony przebytymi trudnościami korzystał już z większej wolności, a z powodu licznych walk przybrał bardziej radosny wygląd. Na skutek doznanych obelg poczuł się bardziej pewny i gdziekolwiek poszedł, zachowywał się całkiem swobodnie.
Tymczasem wrócił ojciec, a nie zastawszy go, naubliżał żonie, w ten sposób dodając grzechy do grzechów. Potem, pobiegł na miejsce pobytu syna, grożąc i wykrzykując, że jeżeli go nie będzie mógł sprowadzić z powrotem do domu, to przepędzi go z tej okolicy.
Zaprawdę, ponieważ bojaźń Pańska daje ufność mocy, dlatego kiedy syn łaski usłyszał nadchodzącego ojca swego według ciała, bezpieczny i radosny dobrowolnie wyszedł, wołając swobodnym głosem, że do niczego nie doprowadzą jego więzy i bicze. Ponadto oświadczył, że dla imienia Chrystusowego z radością zniesie wszystkie cierpienia.

14. Zatem ojciec wiedząc, że nie może go zawrócić z obranej drogi, cały skupił się na odzyskaniu pieniędzy. Mąż Boży pragnął je wszystkie wydać i użyć na żywność dla ubogich i na remonty tego miejsca, ale że nie kochał pieniędzy, nie dał się uwieść żadnemu pozorowi dobra, a nie mając żadnego przywiązania do nich, nie martwił się ich utratą.
Po odnalezieniu pieniędzy, które on jako największy wzgardziciel dóbr ziemskich, a najbardziej chciwy nabywca bogactw niebieskich, rzucił był w proch i framugę okna, wściekłość rozszalałego ojca nieco przygasła. Znalezienie ich jakby przyhamowało żądzę jego chciwości. Potem wezwał go przed biskupa miasta, żeby na jego ręce zrzekł się wszystkiego majątku i tak oddał wszystko, co posiadał. On nie tylko nie odmówił, ale z wielką radością chętnie pośpieszył spełnić to żądanie.

15. Gdy został zawezwany przed biskupa, nie zwlekał ani w niczym nie zwłóczył. Co więcej, nie wdawał się w żadną rozprawę słowną, ale zaraz zdjąwszy i zrzuciwszy całe ubranie, zwrócił je ojcu. Nawet nie zatrzymał spodni, tak że wobec wszystkich cały się obnażył. Biskup, zważając na jego ducha i zapał, natychmiast wstał i, objąwszy go swymi ramionami, okrył go płaszczem, w który był ubrany.
Zrozumiał, że jest to wyraźnie boska sprawa i uznał, że czyny sługi Bożego, jakie naocznie oglądał, zawierają tajemnicę. Dlatego odtąd stał się jego pomocnikiem, a popierając go i umacniając, objął go głębią swej miłości.
Oto już zmaga się „nagi z nagim”. Odsunąwszy na bok wszystko, co należy do świata, myśli jedynie o sprawiedliwości boskiej. Poniża swoje własne życie i zarzuca wszelką troskę o nie, aby jako ubogi zdobyć pokój na oblężonej drodze. Tylko jeszcze ściana ciała oddziela go od widzenia Boga.


POCHWYCENIE PRZEZ ZBÓJCÓW I USŁUGIWANIE TRĘDOWATYM

16. Kiedy ubrany w kolorowe szarfy, jakich niegdyś używał, szedł lasem, i śpiewał Panu chwalby w języku francuskim, z nagła napadli go zbójcy. Dziko usposobieni zapytali go, kim jest. Mąż Boży, ufnie, głośno odpowiedział: „Jestem heroldem wielkiego króla! Co wam do tego?”
Ale oni pobili go i wtrącili do rozpadliny pełnej śniegu, mówiąc: „Leż tu, prostacki heroldzie Boga!” On zaś, po ich odejściu, gramoląc się, otrząsnął z siebie śnieg i wyczołgał się z parowu, a bardzo ucieszony zaczął głośno wyśpiewywać po lesie chwalby dla Stworzyciela wszystkich rzeczy.
Przybywszy do pewnego klasztoru mnichów, przez wiele dni chodził tylko w samej lichej koszuli, jako woziwoda w kuchni, pragnąc tylko pożywić się zupą. Jednakże, kiedy nie wzbudził żadnej litości i nie mógł otrzymać choćby starego odzienia, nie zagniewany, ale zmuszony koniecznością, odszedł stamtąd i przybył do miasta Gubbio, gdzie otrzymał skromną tunikę od pewnego dawnego przyjaciela.
Później, po upływie krótkiego czasu, kiedy sława mażą Bożego wszędzie się rozeszła, a jego imię rozpowszechniło się wśród ludu, przeor wspomnianego klasztoru, rozważywszy i zrozumiawszy, że skrzywdzili męża Bożego, przybył do niego i ze względu na cześć dla Zbawiciela pokornie prosił go o przebaczenie dla siebie i dla swoich.

17. Następnie święty miłośnik wszelkiej pokory przeniósł się do trędowatych i przebywał z nimi, pilnie służąc wszystkim ze względu na Boga. Umywał z nich wszelkie brudy, a także oczyszczał wrzody z ropy, jak sam mówi w swym Testamencie: „Kiedy jeszcze byłem w grzechach, widok trędowatych wydawał mi się nie do zniesienia, wszakże Pan wprowadził mię między nich i spełniałem wobec nich usługi miłosierdzia.”
Jak sam nieraz mówił, widok trędowatych był mu tak bardzo przykry za czasu jego płochości, że gdy co najmniej z odległości dwu tysięcy kroków spostrzegał ich domy, zatykał sobie nos rękami. Ale kiedy już za łaską i mocą Najwyższego zaczął myśleć o rzeczach świętych i użytecznych, będąc jeszcze w stanie świeckim, pewnego dnia spotkał się z trędowatym. Przezwyciężył się, przystąpił do niego i ucałował go. Odtąd coraz bardziej się poniżał, aż z miłosierdzia Odkupiciela doszedł do doskonałego zwycięstwa nad sobą,


NAPRAWA KOŚCIOŁA ŚWIĘTEJ MARYI W PORCJUNKULI I POWOŁANIE EWANGELICZNE FRANCISZKA

21. W międzyczasie święty Boży, po zmianie ubioru i naprawieniu wspomnianego kościoła, przeniósł się na inne miejsce koło miasta Asyżu, w którym zaczął odnawiać pewien kościół, zniszczony i prawie rozpadający się. I nie ustał, aż cały doprowadził do należytego porządku.
Stąd przeniósł się na inne miejsce, zwane Porcjunkulą, w którym dawnymi czasy wzniesiono kościół Najświętszej Dziewicy Matki Bożej, a który wtedy stał opuszczony i całkowicie zaniedbany. Gdy święty Boży spostrzegł, że jest on tak zrujnowany, wzruszył się, ponieważ miał gorące nabożeństwo do Matki wszelkiego dobra, i pełen troski zaczął tam mieszkać.
Gdy jeszcze naprawiał wspomniany kościół, upłynął właśnie trzeci rok jego nawrócenia. W tym czasie nosił ubiór podobny do pustelniczego, przewiązywał się pasem rzemiennym, w ręku trzymał laskę, a na nogach nosił obuwie.

22. Ale pewnego dnia w tymże kościele czytano Ewangelię o tym, jak Pan rozesłał swoich uczniów na przepowiadanie. Święty Boży, obecny tam, po ukończeniu obrzędów Mszy Św., pokornie poprosił kapłana o wyłożenie mu tej ewangelii, chcąc lepiej zrozumieć jej znaczenie.
On opowiedział mu wszystko po porządku. Święty Franciszek usłyszawszy, że uczniowie Chrystusa nie powinni posiadać ani złota ani srebra czy pieniędzy, ani trzosu, ani torby, ani chleba, nie nosić laski w drodze, nie mieć obuwia, nie mieć dwu sukien, ale przepowiadać królestwo Boże i pokutę, natychmiast w duchu Bożym rozradowany wykrzyknął: „To jest, czego chcę, to jest, czego szukam, to całym sercem, pragnę czynić”.
Potem święty ojciec, niezmiernie uradowany, zabiera się do wypełnienia tych zbawiennych usłyszanych wskazań i nawet chwili nie zwleka, ale zbożnie usposobiony zaraz zaczyna wykonywać to, co usłyszał. Natychmiast zdejmuje obuwie z nóg, wyrzuca laskę, poprzestaje na jednej sukni, a pas rzemienny zamienia na powróz. Sporządza sobie tunikę wyobrażającą krzyż, aby jego obraz w niej odganiał wszelkie diabelskie fantazje; sporządza ją grubą i szorstką, aby w niej krzyżować ciało z jego wadami i grzechami; sporządza ją wreszcie bardzo ubogą i lichą, jakiej w żaden sposób świat by nie zapragnął.
Także wszystkie inne rady, jakie usłyszał, starał SIĘ wykonać z największą pilnością i z największym uszanowaniem. Nie był bowiem głuchym słuchaczem Ewangelii, ale wszystko, co słyszał, zachowywał w chwalebnej pamięci i starał się wypełnić dokładnie, co do litery.


POSŁANIE ICH NA ŚWIAT PO DWU I PONOWNE SPOTKANIE

29. W tym czasie, po wstąpieniu jeszcze jednego dobrego człowieka do zakonu, wzrośli do liczby ośmiu. Wtedy święty Franciszek zebrał wszystkich do siebie, wiele mówił do nich o królestwie Bożym, o pogardzie świata, o zaparciu własnej woli i o ujarzmieniu swego ciała. Podzielił ich na cztery części po dwu i rzekł do nich: „Najdrożsi, idźcie po dwóch w różne strony świata, głosząc ludziom pokój i pokutę na odpuszczenie grzechów. Bądźcie cierpliwi w uciskach. Czujcie się bezpieczni, gdyż Pan wypełni swoją obietnicę. Pytającym odpowiadajcie pokornie, prześladującym błogosławcie, krzywdzącym was i ubliżającym dziękujcie, ponieważ ze wzglądu na nich czeka nas królestwo wieczne.” A oni, z wielką radością i uciechą przyjęli rozkaz świętego posłuszeństwa i upadli kornie na ziemię przed świętym Franciszkiem. On zaś, ściskając ich, słodko i ze czcią mówił do każdego: „Zrzuć swą troskę na Pana, a On cię podtrzyma” (Ps 54,23). Te słowa mówił zawsze, ile razy dawał jakimś braciom rozkaz przeniesienia.


PRAGNIENIE MĘCZEŃSTWA, WYPRAWA DO HISZPANII I DO SYRII ROZMNOŻENIE ŻYWNOŚCI I URATOWANIE ŻEGLARZY

55. Święty ojciec Franciszek, żarliwy boską miłością, zawsze usiłował, przykładać rękę do wielkich rzeczy, a krocząc wielkodusznie droga przykazań Bożych, pragnął osiągnąć szczyt doskonałości. Przeto w szóstym roku swego nawrócenia,« jak najbardziej płonąc pragnieniem świętego męczeństwa, chciał przepowiadać wiarę chrześcijańską 'i pokutę Saracenom i innym niewiernym. Wsiadł na okręt, aby tam się udać, ale z powodu przeciwnych wiatrów razem z innymi podróżnymi znalazł się na brzegach Słowenii. „Widząc, że jego pragnienie zostało pokrzyżowane, po upływie krótkiego czasu prosił pewnych żeglarzy płynących do Ankony, aby go zabrali ze sobą, gdyż o tej porze roku już żaden okręt nie mógł popłynąć do Syrii. Wszakże dni uparcie odmawiali mu, bp nią miał czym pokryć kosztów podróży.
Jednak święty Boży, mocno ufając w dobroć Pana, potajemnie wszedł na okręt razem z socjuszem. Za zrządzeniem boskiej opatrzności znalazł się ktoś, kto przyniósł ze sobą zaopatrzenie w żywność, p czym nikt nie wiedział. On to zawezwał do siebie pewnego pobożnego człowieka z okrętu i rzekł mu: „Weź to wszystko ze sobą i daj uczciwie tym biedakom, ukrywającym się na okręcie, na czas potrzebny”. I stało się tak, że zastała ich wielka burza. Przez wiele dni ciężko pracowali przy wiosłowaniu. Zjedli wszystkie zapasy żywności. Jedynie została Żywność ubogiego Franciszka.
Za łaską i mocą boską rozmnożyła się ona tak, że chociaż jeszcze płynęli przez wiele dni, starczyło jej w pełni dla wszystkich, aż do portu w Ankonie. Żeglarze, widząc, że uszli niebezpieczeństwa na morzu za przyczyną sługi Bożego Franciszka, złożyli dzięki wszechmogącemu Bogu, który okazuje się przedziwny i miłościwy w świętych swoich.


KAZANIE DO PTAKÓW I POSŁUSZEŃSTWO STWORZEŃ

58. W międzyczasie, kiedy, jak powiedziano, wielu przystało do braci, święty ojciec Franciszek podążał doliną Spoletańską. Przybliżył się do pewnego miejsca blisko Bevagna, w którym zgromadziła się wielka chmara ptaków różnego rodzaju, gołębi, młodych wron i innych, zwanych pospolicie mniszkami. Kiedy święty sługa Boży Franciszek zobaczył je, zostawił towarzyszy na drodze i ochoczo podbiegł do nich, jako że był człowiekiem wielkiej żarliwości, a stworzenia niższe i nierozumne darzył uczuciem szacunku i miłości. A gdy był już całkiem blisko i zobaczył, że na niego czekają, pozdrowił je w zwykły sposób. Zdziwił się niemało, że ptaki nie zrywały się do ucieczki, jak to zwykły czynić. Ogromnie ucieszony, pokornie je poprosił, żeby posłuchały słowa Bożego. Wśród wielu rzeczy, jakie im powiedział, dodał także, takie uwagi: „Bracia moi, ptaki, winniście bardzo chwalić zawsze i kochać waszego Stwórcę, który dał wam pióra na odzienie, skrzydła do latania i wszystko, co wam było potrzebne. Bóg uczynił was szlachcicami wśród stworzeń i przydzielił wam mieszkanie w czystym powietrzu; choć nie siejecie, ani nie żniwujecie, On jednak opiekuje się wami i wami rządzi, bez żadnej waszej troski.” Na te słowa, jak sam mówił i bracia, co z nim byli, owe ptaki w przedziwny sposób wyrażały swą radość zgodnie ze swoją naturą — wyciągały szyje, rozpościerały skrzydła, otwierały dzioby i patrzyły na niego. On zaś przechodził przez środek nich i wracał, a tuniką dotykał ich główek i ciał. Wreszcie pobłogosławił im, a nakreśliwszy znak krzyża, udzielił im pozwolenia, by poleciały na inne miejsce. Sam zaś święty ojciec poszedł razem ze swymi towarzyszami, ciesząc się i dzięki składając Bogu, którego wszystkie stworzenia chwalą w pokornym wyznaniu. A że już wtedy był człowiekiem prostym, prostotą łaski nie natury, zaczął się oskarżać o zaniedbanie, iż przedtem nigdy nie kazał do ptaków, co z tak wielką czcią słuchały słowa Bożego. I tak się stało, że od owego dnia pilnie zachęcał wszystkie istoty latające, wszystkie zwierzęta i wszystkie pełzaki, a także stworzenia, które nie mają czucia, do chwały i miłości Stworzyciela. A to dlatego, że codziennie wezwawszy imienia Zbawiciela, z własnego doświadczenia poznawał ich posłuszeństwo.


MIŁOŚĆ WZGLĘDEM UBOGICH. EPIZOD Z OWCĄ I BARANKAMI

76. Ojciec ubogich ubogi Franciszek, co chciał być podobny do wszystkich ubogich, z przykrością spostrzegał kogoś biedniejszego od siebie, nie dla pragnienia próżnej chwały, ale wyłącznie ze współczucia. I chociaż zadowalał się tuniką bardzo lichą i szorstką, po wiele razy chciał ją podzielić z jakimś biedakiem.
Postępował jak biedak bardzo bogaty. Kierowany wielkim uczuciem, miłości, żeby móc jakoś wspierać ubogich, w czasie wielkiego zimna prosił ludzi bogatych o użyczenie mu płaszcza lub kożuszka. A gdy oni z pobożności jak najchętniej spełniali jego prośbę, mówił im: „W takim znaczeniu przyjmę to od was, że już mi tego z powrotem nie odbierzecie.” A potem, kiedy tylko kogoś z ubogich napotkał, zaraz z weselem i radością okrywał biedaka tym, co był otrzymał.
Sprawiało mu wielką przykrość słyszeć, jak ubliżano jakiemu ubogiemu, albo słyszeć miotane przez kogoś złorzeczenia na jakieś ze stworzeń. Stąd to zdarzyło się, że pewien brat ubliżył ubogiemu, co prosił o jałmużnę, mówiąc: „Bacz, byś przypadkiem nie stał się bogatym i nie udawał ubóstwa.” Słysząc to, ojciec ubogich święty Franciszek ciężko zabolał. Twardo złajał brata, który to powiedział, oraz nakazał mu, aby się obnażył wobec tego ubogiego, ucałował mu stopy i prosił o przebaczenie. Mawiał bowiem: „Kto złorzeczy ubogiemu, ten ubliża Chrystusowi, ubogi bowiem nosi szlachetne znamię Tego, który stał się ubogim dla nas na tym świecie.”
Dlatego często, spotykające biedaków, dźwigających drzewo lub inne ciężary, brał je na swoje barki, choć bardzo słabe, by im pomóc.


ŻŁÓBEK, JAKI URZĄDZIŁ W DZIEŃ NARODZENIA PAŃSKIEGO

84. Należy wzmiankować i ze czcią wspomnieć to, co uczynił tydzień narodzenia Pana naszego Jezusa Chrystusa, na trzy lata przed dniem swojej chwalebnej śmierci, w kasztelu zwanym Greccio. Był na owym terenie mąż imieniem Jan, dobrej sławy, a jeszcze lepszego życia, którego święty Franciszek kochał szczególną miłością, ponieważ mimo że w swojej ziemi był on szlachcicem i człowiekiem bardzo poważnym, jednak gardził szlachectwem cielesnym, natomiast szedł za szlachectwem ducha. Jego to właśnie, prawie na piętnaście dni przed narodzeniem Pańskim, święty Franciszek poprosił do siebie, jak to często zwykł czynić, i rzekł doń: „Jeśli chcesz, żebyśmy w Greccio obchodzili święta Pańskie, pośpiesz się i pilnie przygotuj wszystko, to ci powiem. Chcę bowiem dokonać pamiątki Dziecięcia, które narodziło się w Betlejem. Chcę naocznie pokazać Jego braki w niemowlęcych potrzebach, jak został położony w żłobie i jak złożony na sianie w towarzystwie wołu i osła.” Co usłyszawszy ów dobry i wierny mąż, szybko pobiegł przygotować we wspomnianym miejscu wszystko, co Święty powiedział.

85. Nastał dzień radości, nadszedł czas wesela. Z wielu miejscowości zwołano braci. Mężczyźni i kobiety z owej krainy, pełni rozradowania, według swej możności przygotowali świece i pochodnie dla oświetlenia nocy, co promienistą gwiazdą oświeciła niegdyś wszystkie dnie i lata. Wreszcie przybył święty Boży i znalazłszy wszystko przygotowane, ujrzał i ucieszył się. Mianowicie nagotowano żłóbek, przyniesiono siano, przyprowadzono wołu i osła. Uczczono prostotę, wysławiono ubóstwo, podkreślono pokorę, i tak Greccio stało się jakby nowym Betlejem. Noc stała się widna jak dzień, rozkoszna dla ludzi i zwierząt. Przybyły rzesze ludzi, ciesząc się w nowy sposób z nowej tajemnicy. Głosy rozchodziły się po lesie, a skały odpowiadały echem na radosne okrzyki. Bracia śpieszyli, oddając Panu należne chwalby, a cała noc rozbrzmiewała okrzykami wesela. Święty Boży stał przed żłóbkiem, pełen westchnień, przejęty czcią i ogarnięty przedziwną radością. Ponad żłóbkiem kapłan odprawiał uroczystą Mszę świętą, doznając nowej pociechy.

86. Święty Boży ubiera się w szaty diakońskie, był bowiem diakonem, i donośnym głosem śpiewa świętą Ewangelię. A jego głos mocny i słodki, głos jasny i dźwięczny, wszystkich zaprasza do najwyższych nagród. Potem głosi kazanie do stojącego wokół ludu, słodko przemawiając o narodzeniu ubogiego Króla i małym miasteczku Betlejem. Częsta też, gdy chciał nazwać Chrystusa „Jezusem,” z powodu bardzo wielkiej miłości zwał Go „dziecięciem z Betlejem” i jak becząca owca wymawiał słowo ;,Betlejem,” napełniając całe swe usta głosem, a jeszcze bardziej słodkim uczuciem. Również, gdy wzywał „dziecięcia z Betlejem” lub „Jezusa,” zdawał się oblizywać wargi językiem, na podniebieniu smakując i połykając słodycz tego słowa.
Tamże Wszechmogący rozmnożył swe dary, a pewien cnotliwy mąż miał dziwne widzenie. Widział w żłóbku leżące dzieciątko, bez życia, ale kiedy święty Boży zbliżył się doń, ono jakby ożyło i zbudziło się ze snu. To widzenie nie jest nieodpowiednie, gdyż w wielu sercach dziecię Jezusa zostało zapomniane. Dopiero Jego łaska, za pośrednictwem sługi świętego Franciszka sprawiła, że zostało w nich wskrzeszone i wrażone w kochającej pamięci. Wreszcie zakończył się uroczysty obchód i każdy z radością powrócił do siebie.

87. Siano złożone w żłobie zachowano w tym celu, aby poprzez nie Pan uzdrawiał bydło i zwierzęta i tak pomnażał swoje święte miłosierdzie. Naprawdę tak się stało, że wiele chorych zwierząt w pobliskiej okolicy, po zjedzeniu trochę z tego siana zostało uleczonych ze swych dolegliwości. A nawet kobiety, cierpiące na ciężki i długi poród, po położeniu na nie nieco tego siana, szczęśliwie rodziły. A także osoby obojga płci, uciekający się po ratunek w swoich różnych uciskach, uzyskiwali tam upragnione zdrowie.
Wreszcie, miejsce żłóbka przeznaczano na świątynię Panu, a ku czci świętego ojca Franciszka nad żłóbkiem zbudowano ołtarz i poświęcono kościół, aby tam, gdzie kiedyś zwierzęta jadły paszę z siana, teraz 1udzie ku zdrowiu duszy i ciała pożywali Ciało niepokalanego i nieskalanego baranka Jezusa Chrystusa Pana naszego, który z wielkie j i niewymownej miłości dał nam siebie samego. On, który z Ojcem i Duchem Świętym żyje i króluje, Bóg wiekuiście chwalebny, poprzez wszystkie wieki wieków: Amen. Alleluja, Alleluja.


WIDZENIE CZŁOWIEKA O POSTACI UKRZYŻOWANEGO SERAFINA

94. Kiedy pozostawał w pustelni, która od miejscowości, gdzie jest położona, zwie się Alverna, na dwa lata zanim oddał duszę Bogu, ujrzał w widzeniu Bożym stojącego nad sobą mężczyznę, mającego jakby sześć skrzydeł, z rękami wyciągniętymi, a z nogami złączonymi, przybitego do krzyża. Dwa skrzydła unosiły się nad głową, dwa wyciągały do lotu, dwa wreszcie okrywały całe ciało. Gdy święty sługa Najwyższego ujrzał to widzenie, jak najbardziej zadziwił się, ale nie wiedział, co ono miało dlań znaczyć. Bardzo się ucieszył i mocno uradował miłym i łaskawym względem, z jakim Serafin patrzył na niego. Jego piękno było niezwykle urzekające, ale całkowicie przejmowało trwogą jego przybicie do krzyża i udręczenie męką. Powstał więc, żeby tak powiedzieć, smutny i radosny, a radość i smutek na przemian brały w nim górę. Pilnie myślał, co by to widzenie mogło znaczyć i duch jego bardzo trapił się uchwyceniem tego znaczenia.
I gdy tak nic pewnego nie pojmował z tej wizji, a jej nowość ogromnie zajęła mu serce, oto na jego rękach i stopach zaczęły ukazywać się znamiona gwoździ, jak to krótko przedtem widział nad sobą u męża ukrzyżowanego.

95. Jego ręce i stopy wyglądały przebite w samym środku gwoździami. Główki gwoździ ukazały się po wewnętrznej stronie dłoni i na wierzchu stóp, a ostrza ich były po stronie odwrotnej. Znamiona te bowiem były okrągłe wewnątrz na rękach, a na zewnątrz podłużne. Z ciała wystawały grudki mięsa, które wyglądały jak czubki gwoździ zgięte i zagięte. Tak samo na stopach wycisnęły się znamiona gwoździ i wystawały z ciała. Także prawy bok, jakby przebity, miał podłużną bliznę, która często krwawiła, tak że po wiele razy jego tunika i spodnie były spryskane świętą krwią.
Och, jak niewielu za życia sługi, ukrzyżowanego razem z Panem ukrzyżowanym, zasłużyło na oglądanie świętej rany boku! Ale szczęsny Eliasz dostąpił tego, że widział ją jeszcze za życia Świętego; nie mniej szczęsny Rufin, który dotknął ją własnymi rękami. Bo mianowicie, gdy raz wspomniany brat Rufin wkładał swą rękę na pierś Świętego, by go podrapać, spadła mu ona, jak często się zdarza, na jego prawy bok i przypadkowo dotknęła tej drogocennej blizny. Ten dotyk niemało zabolał Świętego, stąd odrzucił rękę od siebie i zakrzyknął: „Niech cię Pan Bóg broni”! (Rdz 19, 16)
Bardzo pilnie bowiem ukrywał tę bliznę przed obcymi, bardzo ostrożnie strzegł jej przed bliskimi, tak że nawet przyboczni bracia i jego najpobożniejsi naśladowcy przez dłuższy czas o niej nie wiedzieli.
Chociaż on, sługa i przyjaciel Najwyższego, widział się ozdobionym tantis ac talibus margaritis (tyloma i takimi perłami), jakby drogocennymi kamieniami, oraz przystrojonym w Chwałę i cześć nad podziw, ponad wszystkich ludzi, to jednak nie pysznił się w swym sercu, nie szukał stąd próżnej chwały u kogokolwiek. Ale, żeby wzgląd ludzki nie skradł mu łaski sobie danej, wszystkimi sposobami, jak mógł, usiłował je ukryć (tzn. znamiona).


OSTATNIE SŁOWA I CZYNNOŚCI PRZED ŚMIERCIĄ

109. Okres dwudziestu lat od jego nawrócenia już się wypełnił, jak to z woli. Bożej zostało mu objawione. Bo kiedy pewnego czasu sam święty ojciec i brat Eliasz zatrzymali się w Foligno, jednej nocy, gdy spali, stanął przy bracie Eliaszu jakiś kapłan, biało ubrany, w poważnym i podeszłym wieku, o czcigodnym wyglądzie, mówiąc: „Wstań, bracie, i powiedz bratu Franciszkowi, że upłynęło już osiemnaście lat, jak opuściwszy świat, należy, do Chrystusa; a jeszcze tylko dwa lata pozostanie przy życiu, a potem na wezwanie Pana wejdzie na drogę wszelkiego śmiertelnego ciała.”
I tak się stało, że to słowo Boże, które już na długo przedtem zapowiedziało mu przyszłość, miało się spełnić w ustalonym terminie. Kiedy więc od kilku dni przebywał w miejscu tak bardzo przez siebie upragnionym i poznał, że nadchodzi czas bliskiej śmierci, przywołał do siebie dwu braci a swych szczególnych synów, i kazał im donośnym głosem, w radości ducha, śpiewać chwalby Pańskie o rychłej śmierci i o życiu wiecznym, tak bliskim. On zaś, o ile zdołał, intonował ów psalm Dawidowy: „Głośno wołam do Pana, głośno błagam Pana” (Ps 141, 2).
A pewien brat spośród obecnych, którego święty kochał wielką miłością, będąc wielce zatroskany o wszystkich braci, kiedy patrzył, jak zbliża się zejście Świętego, powiedział doń: „Ach, dobrotliwy ojcze, już bez ojca pozostaną synowie, i utracą prawdziwe światło oczu! Pamiętaj przeto o sierotach, których opuszczasz, i odpuściwszy im wszystkie winy, swoim błogosławieństwem pociesz tak obecnych, jak i nieobecnych.”
A Święty rzecze do niego: „Synu, oto Bóg mię woła! Wszystkim moim braciom, tak nieobecnym, jak obecnym, odpuszczam wszystkie uchybienia i winy, i jak mogę, tak ich rozgrzeszam, a ty, obwieszczając im to, z mojej strony wszystkich pobłogosław.”

110. Wreszcie kazał przynieść księgę Ewangelii i polecił, by mu czytano Ewangelię według Jana, od miejsca, które zaczyna się: „Było to przed świętem Paschy. Jezus, wiedząc, że nadeszła Jego godzina przejścia z tego świata do Ojca” (J 13,1). Tę właśnie Ewangelię minister miał zamiar mu czytać, jeszcze zanim go o to poprosił. Od razu na niej otworzył księgę, gdyż winien był czytać tę Ewangelię, która stanowiła całą i pełną Bibliotekę (tzn. Biblię). Potem Franciszek kazał się położyć na włosiennicy i posypać popiołem, ponieważ wnet miał stać się ziemią i prochem.
Zebrało się wielu braci, których on był ojcem i wodzem, i podczas gdy wszyscy stali ze czcią i patrzyli na to błogosławione zejście i szczęsne dokonanie życia, jego najświętsza dusza uwolniła się z ciała, została wchłonięta w bezmiar światłości, a ciało umarło w Panu.
Jeden z braci i jego uczniów, sławy niemałej, którego imię sądzę, teraz należy zamilczeć, ponieważ dopóki żyje w ciele nie chce być publicznie chwalony, widział duszę najświętszego ojca, jak prostą drogą wzniosła się do nieba ponad wszelkie wody. Była jak gwiazda, mająca wielkość jakby księżyca, jasność zaś podobną słońcu, unoszona na białym obłoku.

111. Należy przeto tak o nim wołać: O, jak chwalebny jest ten Święty, którego duszę widział uczeń, jak wstępowała do nieba piękna jak księżyc, wybrana jak słońce, co unosząc się na obłoku lśni się pełna chwały! O, zaprawdę lampo świata jaśniej od słońca świecisz w Kościele Chrystusa! Oto już zabrałeś promienie swego światła i wstąpiwszy do owej świetlistej ojczyzny, zamieniłeś pobyt wśród nas nędznych na przebywanie z aniołami i świętymi! O, chwalebna dobroci, godna znamienitej sławy, nie zrzucaj z siebie troski o swoich synów, chociaż już zrzuciłeś ciało! Wiesz, zaprawdę wiesz, w jak wielkim zostawiłeś ich niebezpieczeństwie; ich, których niezliczone trudy i częstotliwe uciski sama twoja szczęsna obecność każdej godziny miłosiernie łagodziła. O, prawdziwie miłosierny ojcze, który zawsze byłeś gotów litować się nad grzesznymi synami i łaskawie ich szczędzić! Błogosławimy więc tobie, dostojny ojcze, jak ci pobłogosławił Najwyższy, który zawsze jest Bogiem błogosławionym ponad wszystko. Amen.


LAMENT BRACI ORAZ RADOŚĆ ZE STYGMATÓW. ALEGORIA SKRZYDEŁ SERAFINA

112. Zebrała się wielka rzesza ludzi, chwalących Boga i mówiących: „Chwalebny i błogosławiony Panie, Boże nasz, który nam niegodnym powierzyłeś tak drogocenny depozyt! Cześć i chwała niech Ci będzie, niewysłowiona Trójco!”
Tłumnie wyległo całe miasto Asyż. Spieszyły wszystkie okolice, aby widzieć wielkie sprawy Boże, jakie Pan majestatu okazał chwalebnie na świętym swoim słudze. Każdy śpiewał pieśń wesela, jak mu poddawała radość serca. Wszyscy błogosławili wszechmoc Zbawiciela za spełnienie ich pragnienia. Wszakże synowie, pozbawieni tak dobrego ojca, lamentowali i swoje serdeczne przywiązanie okazywali we łzach i wzdychaniach.
Ale ich smutek złagodziła niesłychana radość. Ich umysły wprawił w wielkie zdumienie nowego rodzaju cud. Szlochanie zmieniło się w kantyk, a narzekanie w radosne okrzyki. Bo nigdy nie słyszeli, ani nie czytali w pismach o tym, co stało przed ich oczyma, co z trudem można by im było wytłumaczyć, gdyby nie dowodziła tego oczywistość. Naprawdę wyraziła się w nich forma krzyża i męka niepokalanego Baranka, który zgładził grzechy świata. Wyglądał, jakby świeżo zdjęty z krzyża.
Ręce i stopy miał przebite gwoździami, a prawy bok jakby zraniony lancą.
Widzieli, jak jego ciało, przedtem czarne, teraz nabrało blasku i swoim pięknem zapowiadało nagrodę błogosławionego zmartwychwstania. Zauważyli wreszcie, że jego oblicze było jak oblicze anioła, jakby żył, a nie umarł. Inne członki stały się delikatne i giętkie, jak u niewinnego dziecka. Jego nerwy nie skurczyły się, jak bywa u zmarłych, skóra nie stwardniała, członki nie zesztywniały, ale dawały się tu i tam układać.

113. Kiedy tak wszystkich patrzących uderzyło to dziwne piękno, a jego ciało jaśniało, z kolei dziwnym było oglądać na środku dłoni i stóp nie tylko przebicia gwoźdźmi, ale sameż gwoździe, utworzone z ciała, zachowujące czerń żelaza, a prawy bok zaczerwieniony krwią. Te znamiona męczeństwa nie wzbudzały obrzydzenia w umysłach patrzących, ale przydawały wielkiej ozdoby i wdzięku, jak zwykły czynić czarne kamyki w posadzce.
Bracia i synowie przybiegali i z płaczem całowali ręce i nogi czcigodnego ojca, co ich opuścił, a także i prawy bok, którego rana nasuwała uroczystą pamięć na Tego, który z tegoż boku właśnie wylał „krew i wodę” (J 19, 34), kiedy pojednał świat z Bogiem.
Każdy z ludu, kto został dopuszczony nie tylko do ucałowania, ale i do oglądania świętych znamion Jezusa Chrystusa, jakie święty Franciszek nosił na swym ciele, uważał to za największe dobrodziejstwo sobie wyświadczone.
Któż bowiem, widząc te znamiona, nie cieszyłby się raczej, niż płakał, a jeśliby ktoś płakał, to czyżby tego nie czynił raczej z radości, niż ze smutku? Kto miałby tak pancerne piersi, żeby się nie wzruszyć? Kto by miał tak kamienne serce, żeby nie pobudzić się do żalu, nie zapalić do miłości bożej, nie uzbroić w dobrą wolę?
Któż byłby tak tępy, tak niepoczytalny, kto by nie rozpoznał oczywistej prawdy, że święty ten, jak na ziemi był wybrany do szczególnego zadania, tak w niebie będzie wywyższony do niewymownej chwały?


ŻAŁOBA U ŚWIĘTEGO DAMIANA I UROCZYSTY POGRZEB

116. Bracia i synowie, którzy przybyli z pobliskich miast, razem z całą rzeszą ludzi pełnych radości uczestniczenia w tak uroczystym obchodzie, całą noc, w którą zmarł święty ojciec, spędzili na chwalbach bożych. Z powodu radosnego wesela i jasności świateł zdawało się, że to czuwanie aniołów. Z nastaniem ranka przyszedł tłum z miasta Asyżu razem z całym duchowieństwem. Wzięli święte ciało z miejsca, w którym zmarło, i wśród pieśni i uwielbień, przy dźwięku trąb, ponieśli je czcigodnie do miasta. Uczestnicy brali gałązki z oliwek i z innych drzew i szli uroczyście w żałobnym pochodzie. Zapalano coraz więcej świateł. Bardzo głośno śpiewano pieśni pochwalne.
Synowie nieśli ojca, trzoda szła za pasterzem, co śpieszył do „Pasterza wszystkich” (por. Ez 37,24). Doszli do miejsca, w którym on założył zakon i wspólnotę poświęconych dziewic i Ubogich Pań. Złożyli go w kościele Świętego Damiana, przy którym mieszkały wspomniane jego córki, co je zdobył dla Pana. Otwarto małe okienko, przez które służebnice Chrystusa zwykły w ustalonych porach przyjmować sakrament Ciała Pańskiego. Otwarto także trumnę, w której spoczywał skarb o niebiańskich zaletach, w której kilku niosło tego, co zwykł był dźwigać wielu.
I oto przyszła pani Klara-Jasna, która naprawdę była jasna świętością zasług, pierwszą matką dla innych, jako że była pierwszą roślinką tego świętego zakonu. Razem z nią wszystkie inne córki, ażeby zobaczyć ojca, co już nie przemówi do nich, i co już więcej do nich nie powróci, bo śpieszy gdzie indziej.

117. Patrzyły na niego z żałosnym w zdychaniem, z wielkim smutkiem serca, i zalewały się łzami. Wołały zdławionym głosem: „Ojcze, ojcze, cóż poczniemy? Dlaczego nas nieszczęsne porzucasz? Komu nas opuszczone zostawiasz? Dlaczego nas wpierw nie wysłałeś w radości tam, gdzie idziesz, lecz tu nas zostawiasz w boleści? Co każesz nam czynić, zamkniętym w tym więzieniu, skoro nigdy więcej już nas nie nawiedzisz, jak zwykł byłeś czynić za życia? Z tobą uchodzi cała nasza pociecha i podobnej pociechy nie stanie już nam, pogrzebanym dla świata! W tym wielkim ubóstwie zasług i rzeczy, kto będzie nas pocieszał? O, ojcze ubogich, miłośniku ubóstwa! Doświadczony w niezliczonych pokusach, roztropny w ich badaniu, wesprzyj nas w dobie pokuszenia! Kto w zmartwieniu pocieszy zmartwione, „wspomożycielu w uciskach, które nawiedziły nas bardzo?” (Ps 45, 2). O, pełne goryczy rozstanie, o, wrogie odejście! Okropna śmierci, co tysiące córek gubisz, pozbawiając ich ojca. Nieodwołalnie porywasz tego, poprzez którego sprawy nasze, gdzie jakie były, jak najbardziej kwitły!”
Panieńska wstydliwość nakazywała im miarkować się w płaczu, jako że byłoby nieodpowiednim za bardzo opłakiwać tego, na którego przejście zbiega się wojsko anielskie i cieszą się święci i domownicy
Boga (por. Ef 2, 19). Tak więc postawione między smutkiem a radością, całowały jego przewspaniałe dłonie, zdobne w najcenniejsze klejnoty i błyszczące perły. A po zabraniu go, zamknęła się brama. Nigdy już nie otworzy się ona dla tak wielkiej straty.
Podczas ich żałosnych i pełnych czci zawodzeń wszystkich ogarnęła wielka żałość, a zwłaszcza podniósł się lament zasmuconych synów! Ich szczególny ból udzielił się wszystkim, tak że prawie nikt nie mógł powstrzymać się od płaczu, skoro nawet „aniołowie pokoju gorzko płakali” (por. Iz 33, 7).

118. Kiedy wreszcie wszyscy przyszli do miasta, z wielką radością i entuzjazmem złożyli świątobliwe ciało w poświęconym miejscu, co na przyszłość jeszcze bardziej się uświęci. Tam to na chwałę najwyższego i wszechmocnego Boga Franciszek oświeca świat mnogością nowych cudów, tak jak dotychczas przedziwnie oświecał go świętym głoszeniem nauki ewangelicznej. Bogu dzięki. Amen.
Najświętszy i błogosławiony ojcze? Oto szedłem za tobą, oddając ci należny i godny, acz niewystarczający hołd, i jak mogłem, tak w toku opowiadania opisałem twoje czyny. Przeto daj mi nędznemu tak godnie naśladować cię w doczesności, abym za zmiłowaniem Bożym zasłużył na pójście za tobą w życiu przyszłym. O, litościwy, pamiętaj o ubogich synach, bo po stracie ciebie, który byłeś ich jedyną i szczególną pociechą, już prawie żadnej pociechy nie mają.
Chociaż ty, najważniejszy i pierwszy dział ich wszystkich, zostałeś włączony do chórów anielskich i posadzony na tronie chwały pośród Apostołów, to jednak oni, zamknięci w obskurnym więzieniu, leżą w kałuży błota i tak płaczliwie wołają do ciebie: „Ojcze, przedstaw Jezusowi Chrystusowi, Synowi Ojca najwyższego, swoje święte stygmaty, i pokaż znamiona krzyżowe boku, nóg i rąk, ażeby On raczył zmiłować się i własne rany okazać Ojcu, który zaprawdę z tego powodu zawsze będzie litościwy dla nas nędznych. Amen. Fiat! Niech się tak stanie!


O KANONIZACJI ŚWIĘTEGO OJCA NASZEGO FRANCISZKA

119. Najchwalebniejszy ojciec Franciszek, w dwadzieścia lat po swoim nawróceniu, złączywszy szczęśliwy koniec ze szczęsnym początkiem, jak najszczęśliwiej powierzył ducha niebu. Tam, uwieńczony chwałą i czcią, uzyskał miejsce „w pośrodku ognistych kamieni” (Ez 28,14). Asystuje tronowi Bóstwa, i stara się skutecznie załatwić sprawy tych, których zostawił na ziemi. Zaprawdę, czegóż można mu odmówić, skoro poprzez święte stygmaty ma na sobie wyciśnięty kształt Tego, który jest współistotny Ojcu, który „siedzi po prawicy Majestatu na wysokości, blask chwały i odbicie istoty Boga, oczyszczający z grzechów?” (por. Hbr 1, 3). Czyż nie byłby wysłuchany ten; kto będąc upodobniony do śmierci Chrystusa Jezusa we wspólnocie męki, pokazuje święte rany rąk, nóg oraz boku?
Zapewne cieszy on już cały świat, lecząc go nową radością i wszystkim pomaga do prawdziwego zbawienia. Opromienia świat jasnym światłem cudów, a blaskiem prawdziwej gwiazdy oświetla cały okrąg ziemi. Niegdyś świat żałował, że stracił jego obecność, zobaczył, że z jego zachodem zapadła otchłań ciemności. Ale oto, po wzejściu nowego światła, jak w blasku południa oświetlony błyszczącymi promieniami, czuje, że pozbył się wszelkiej ciemności. Błogosławiony Boże! Ustało już jego całe narzekanie, skoro codziennie i wszędzie obfituje w nowe zachwyty nad płynącymi od niego świętymi mocami. Ci, co zostali wsparci ojcowską opieką, przychodzą ze wschodu i zachodu, przychodzą z południa i północy; i zaświadczają, że tak jest naprawdę. Jako szczególny miłośnik dóbr niebieskich, dopóki żył w ciele, nie przyjął żadnej własności na ziemi, iżby doskonalej i radośniej posiąść dobro w całej jego pełni. Nie chciał posiadać po części, przeto posiadł w całości, i zamienił doczesność na wieczność. Wszędzie wszystkim przychodzi z pomocą, wszędzie dla wszystkich jest bliski. Zaprawdę, on, miłośnik jedności, nie traci uczestnictwa z nami.

120. Żyjąc jeszcze wpośród grzeszników, przebiegał całą ziemię i przepowiadał. Królując już z aniołami na wysokościach, łatwiej od myśli biegnie jako posłaniec najwyższego Króla i wszystkim ludom świadczy chwalebne dobrodziejstwa. Dlatego wszystkie ludy czczą go i sławią, chwalą i uwielbiają. Naprawdę, wszyscy uczestniczą tu we wspólnym dobru. Któż potrafi zliczyć ilość i kto może wyrazić jakość cudów, jakich Pan raczy wszędzie dokonywać przez jego pośrednictwo?
Ileż w samej Francji Franciszek dokonuje cudów, gdzie król i królowa Francuzów oraz wszyscy magnaci śpieszą, by ucałować i uczcić zagłówek, jakiego święty Franciszek używał w czasie choroby? Gdzie również mędrcy sławni na cały świat i mężowie najbardziej uczeni, których największą ilość na całej ziemi kształci zazwyczaj Paryż, pokornie i bardzo pobożnie czczą, podziwiają i wielbią Franciszka, człowieka bez wykształcenia, przyjaciela prawdziwej prostoty i całkowitej szczerości.
Prawdziwie był on Franciszkiem, jako że górował nad wszystkimi sercem wolnym-francum i szlachetnym. Ci, którzy doświadczyli jego wielkoduszności, wiedzą, jak we wszystkim był wolny, jak wyrozumiały, jak we wszystkim bezpieczny i odważny, z jaką mocą, z jakim zapałem ducha podeptał wszystko, co światowe.
A cóż powiem o innych częściach świata, w których za pośrednictwem jego przepasek ustępują choroby, pierzchają dolegliwości, a wielka ilość ludzi obojga płci zostaje uwolniona od swych nieszczęść, tylko za samy-m wezwaniem jego imienia.

121. Przy jego grobie ciągle dzieją się nowe cuda, a w miarę pomnażania się modlitw w tym miejscu czciciele upraszają chwalebne dobrodziejstwa dla duszy i ciała. Ślepym powraca wzrok, głuchym naprawia się słuch, chromi znowu chodzą; niemy mówi, sparaliżowany skacze, trędowaty jest czysty, opuchły nabywa subtelności; cierpiący na rozmaite i różne schorzenia otrzymują upragnione zdrowie. Tak to jego umarłe ciało leczy żywe ciała, jak kiedyś, gdy był żywy, wskrzeszał umarłych na duszy.
Słyszy to i rozumie Biskup Rzymski, najwyższy z wszystkich biskupów, wódz chrześcijan, pan świata, pasterz Kościoła, pomazaniec Pana, wikariusz Chrystusa. Cieszy się i raduje, entuzjazmuje się i weseli, że za swoich czasów widzi odnawianie się Kościoła Bożego przez nowa tajemnice, a starodawne cuda. A to w jego synu, którego nosił w swoim świętym łonie, tulił do serca, karmił słowem i uczył pokarmem zbawienia.
Słyszą i inni stróże Kościoła, pasterze owczarni, obrońcy wiary, przyjaciele oblubieńca, jego przyboczni, zawiasy świata, czcigodni kardynałowie. Gratulują Kościołowi, cieszą się razem z papieżem, wychwalają Zbawiciela, który w najwyższej i niewymownej mądrości, w najwyższej i nieogarnionej łasce, w najwyższej i nieoszacowanej dobroci, wybrał to, co „głupie i słabe u świata” (1 Kor 1, 27), żeby w ten sposób pociągnąć do siebie to, co mocne. Całe królestwo zrodzone z katolickiej wiary przepełnia się radością i zagłębia w świętej pociesze.

122. Ale nagle zmienia się stan rzeczy. W międzyczasie nowa sprawa wyłania się na świecie. Szybko burzy się pokój, zapala się żagiew nienawiści, wojna domowa i wewnętrzna rozdziera Kościół. Rzymianie, rodzaj buntowniczy i okrutny, jak zwykle srożą się na swoich sąsiadów i bezczelnie wyciągają ręce „po świętości” (por. 1 Mch 14, 31). Znamienity papież Grzegorz usiłuje stłumić powstałe zło, powściągnąć wściekłość, ułagodzić impet, i jak obronna wieża Chrystusa ochronić Kościół. Walą się liczne niebezpieczeństwa, rosną liczne straty, a na pozostałych obszarach świata powstaje przeciw Bogu moc grzeszników.
Cóż zatem? Jako bardzo doświadczony wymierza przyszłe wypadki, waży obecne, i zostawia Miasto buntownikom, żeby świat zachować i obronić przed buntem. Dlatego przybywa do miasta Rieti, gdzie zostaje przyjęty z honorami, jak przystoi. Stąd śpieszy do Spoleto, gdzie wszyscy witają go z szacunkiem Pozostaje tam na niewiele dni. Po zebraniu informacji o stanie Kościoła przybywa, łaskawie w towarzystwie czcigodnych kardynałów do służebnic Chrystusowych, umarłych i pogrzebanych dla świata. Ich święte zachowanie; najwyższe ubóstwo i chwalebny porządek życia, wzrusza do łez jego i wszystkich innych pobudza do pogardy świata; zapala do życia w celibacie. O, kochana pokoro, żywicielko wszystkich łask! Książę: całej ziemi, następca księcia apostołów, nawiedza ubożuchne kobiety, przychodzi do wzgardzonych, niskich i uwięzionych. Chociaż ta zniżająca się pokora jest rzeczą słuszną, to jednak taki niezwykły jej przykład nie był znany wielu po przednim stuleciom!

123. Spieszy już, śpieszy do Asyżu; gdzie spoczywa chwalebny depozyt, co odsunie zeń wszelkie cierpienie i natarczywą troskę. Na jego wjazd cieszy się cały region, miasto napełnia się entuzjazmem, wielka rzesza ludu radośnie świętuje, a dzień jaśnieje nowymi światłami. Wszyscy wychodzą na jego spotkanie i wszyscy chcą pełnić uroczystą straż. Wychodzi mu naprzeciw pobożna wspólnota ubogich braci, a każdy śpiewa miłe pieśni pomazańcowi Pańskiemu. Wikariusz Chrystusa dociera na miejsce. Najpierw schodzi do grobu świętego Franciszka, wita go żarliwie, ze czcią. Wzdycha, bije się w piersi, płacze i z wielką pobożnością chyli czcigodną głowę.
Tymczasem organizuje się uroczyste posiedzenie dotyczące świętej kanonizacji. W tym celu zwołuje się dostojne grono kardynałów. Zewsząd przychodzi wielu tych, którzy zostali uwolnieni od swych nieszczęść przez świętego Bożego, i stąd jawi się wielka ilość cudów: potwierdza się je, sprawdza, przesłuchuje, przyjmuje.
W międzyczasie naglące urzędowe sprawy, pewne nowe zagrożenia, odwołują uszczęśliwionego papieża do Perugii. Wszakże za hojną i szczególną łaską znów wraca do Asyżu, na sprawę najważniejszą. Wreszcie ponownie udaje się do Perugii, gdzie dla rozpatrzenia tej sprawy w pałacu pana papieża zbiera się święte zgromadzenie. Wszyscy są zgodni, wszyscy mówią to samo. Czytają cuda i bardzo podziwiają, w najwyższych pochwałach wynoszą życie i sposób bycia błogosławionego ojca.

124. Mówią, że „prześwięte życie tego najbardziej świętego człowieka nie potrzebuje poparcia cudami, bo przekonała nas prawda tego, cośmy sami widzieli i sami dotykali” (por. 1J 1, 1). Wszyscy są zachwyceni, cieszą się, płaczą, a w ich łzach tkwi wielkie błogosławieństwo, Już, już wyznaczają święty dzień, w którym cały świat napełni się zbawienną radością. Nadchodzi uroczysty dzień czcigodny dla całego wieku, co nie tylko na ziemię, ale i na niebieskie pokoje nieci wzniosłą radość.
Zwołują się biskupi, przybywają opaci, stawiają się prałaci Kościoła z najdalszych nawet stron, król zaszczyca swą obecnością, nadciąga wielka liczbą książąt dostojników. Wszyscy towarzyszą panu całego wiata i razem z nim we wspaniałym korowodzie wchodzą do miasta Asyżu, Przychodzą na ,miejsce przygotowane na tak uroczysty zjazd. Uszczęśliwiony papież oraz całe zebranie wspaniałych kardynałów, biskupów i opatów zajmuje miejsca.
Tam nadzwyczajna ilość księży i kleryków, tam szczęsne i święte zgromadzenie zakonników, tam skromne dziewice za świętymi zasłonami, tam olbrzymi tłum wszelkiego ludu, prawie niezliczona rzesza ludzi obojga płci. Ciągną ze wszystkich stron. Ludzie każdego wieku usiłują dostać się do tego wielkiego zgromadzenia. „Są tu mały i wielki, podległy swemu panu i wolny” (por. Job 3, 9).

125. Stoi najwyższy kapłan, oblubieniec Chrystusowego Kościoła, otoczony tak wielką ilością różnorakich dzieci, a na jego głowie korona chwały, naznaczona znakiem świętości. Stoi ozdobiony papieską tiarą; ubrany w święte szaty, spinane złotem i wysadzane drogimi kamieniami. Stoi pomazaniec Pański w złocistej wspaniałości, przyodziany w błyszczące i kształtne klejnoty. Przyciąga oczy wszystkich. Otaczają go kardynałowie i biskupi, zdobni we wspaniałe łańcuchy, lśniący śnieżno białymi szatami. Wyrażają obraz niebiańskiego piękna, przedstawiają radość uwielbionych.
Cały lud oczekuje słowa radości, słowa wesela, słowa nowego, słowa pełnego słodyczy, słowa chwały, słowa wieczystego błogosławieństwa. Najpierw przemawia do całego ludu papież Grzegorz, i z miodopłynnym uczuciem, dźwięcznym głosem wygłasza pochwałę Boga. A także w wyśmienitej mowie wychwala świętego ojca Franciszka, a wspominając i wieszcząc sposób i czystość jego życia, cały zalewa się łzami. Jego mowa ma taki początek: „Jak gwiazda zaranna pośród chmur, jak pełny księżyc we dni swoje; jak słońce jaśniejące, tak on zaświecił w świątyni Boga” (Syr 50, 6-7).
Kończy się „mowa wierna i godna wszelkiego uznania” (1Tm 1, 15), a jeden z subdiakonów pana papieża, imieniem Oktawian, bardzo głośno czyta wobec wszystkich cuda Świętego. Pan Ranieri, kardynał diakon, o wybitnie przenikliwym umyśle, sławny z pobożności i szlachetnych obyczajów, wyjaśnia je, w świętych słowach i pełen łez. Pasterz Kościoła cieszy się, a dobywając z piersi głębokie westchnienia i wybuchając szlochem, wylewa potoki łez. Także wszyscy inni prałaci Kościoła rzewnie płaczą, a strugi ich łez skrapiają im święte szaty. Wreszcie wszystek lud, ciężko zmęczony napiętym oczekiwaniem, płacze.

126. Uszczęśliwiony papież wyciąga ręce ku niebu a woła donośnym głosem: „Na cześć i chwałę wszechmogącego Boga Ojca i Syna i Ducha Świętego, chwalebnej Dziewicy Maryi, świętych Apostołów Piotra i Pawła, i na chlubę Kościoła Rzymskiego, za radą braci naszych i innych prałatów, czcząc na ziemi błogosławionego ojca Franciszka, którego Pan uwielbił w niebiesiech, postanawiamy wpisać go do katalogu Świętych i obchodzić jego święto w dniu jego śmierci.”
Po tym ogłoszeniu czcigodni kardynałowie razem z panem papieżem intonują głośno Te Deum laudamus. Podnosi się wołanie licznego ludu chwalącego Boga. Ziemia rozbrzmiewa ogromnymi głosy, powietrze wibruje krzykiem radości, a grunt zrasza się łzami. Śpiewają nowe pieśni, a słudzy Boży wykonują religijne melodie. Słychać tam miłe dźwięki instrumentów i modulowany śpiew religijnych pieśni. Wionie bardzo przyjemny zapach, a radosna melodia porusza uczucia wszystkich. Dzień jaśnieje, a jeszcze bardziej barwią go iskrzące promienie. Tam zielone gałązki oliwek i świeże liście innych drzew. Tam świąteczny ubiór, co na wszystkich lśni się, błyszczy i zdobi, a błogosławieństwo pokoju uwesela serca zebranych.
Wreszcie szczęsny papież Grzegorz wstaje z wysokiego tronu i po zniżających się stopniach wchodzi do sanktuarium, aby sprawować modły i ofiary. Drżącymi ze szczęścia wargami całuje grób, zawierający święte i Bogu poświęcone ciało. Ofiaruje i zanosi modły, celebruje święte tajemnice. Koło niego wieńcem stoją bracia, sławiąc, adorując i błogosławiąc wszechmogącego Boga, który dokonał wielkich rzeczy po całej ziemi. Cały lud mnoży pochwały Boga i na cześć najwyższej Trójcy składa świętemu Franciszkowi dary sakralnych dziękczynień. Amen.

A dokonało się to w mieście Asyżu, w drugim roku pontyfikatu pana papieża Grzegorza Dziewiątego, septimo, decimo die katendarum mensis augusti (tzn. 16 lipca 1228 roku, w IX niedzielę po Zielonych Świętach).